Powrót do strony tytułowej

Fragmenty recenzji

 

 

 

WHERE ABANDONED PELICANS DIE:

 

 

 

Przyznam szczerze, że jestem zaskoczony. Zaskoczony bardzo pozytywnie. Ba!, nawet wniebowzięty. I to od razu do siódmego muzycznego nieba. Nie spodziewałem się usłyszeć dzieła tak rozbudowanego, kompleksowego, potężnie brzmiącego, a przy tym tak dojrzałego, zdyscyplinowanego oraz, przy całym swoim eklektyzmie, tak spójnego i przystępnego. A już zupełnie nie spodziewałem się, że autorem tak wybitnej produkcji będzie artysta znad Wisły. I to do tego, artysta do tej pory całkowicie mi nieznany. Kayanis. Czy ktoś o nim słyszał? Nielicznym szczęściarzom zazdroszczę tej miłej znajomości. Ja przy okazji premiery płyty „Where Abandoned Pelicans Die” spotykam się z jego muzyką po raz pierwszy. Ten niedoszły absolwent słupskiej Państwowej Szkoły Muzycznej ma w swoim wcześniejszym dorobku płyty „Machines And Dreams” (1998) oraz „Synesthesis” (2001), na których dał się podobno poznać (piszę „podobno”, gdyż opieram się wyłącznie na opinii innych, bo nie słyszałem tych albumów) jako twórca muzyki elektronicznej. Na drugiej z wymienionych płyt Kayanis zdecydował się na niesamowity rozmach realizacyjny. W nagrywaniu „Synesthesis” wzięło bowiem udział blisko 150 osób: współpracujący z artystą soliści, Państwowa Orkiestra Kameralna w Słupsku i stuosobowy chór.

Nie inaczej jest w przypadku najnowszego albumu Kayanisa zatytułowanego „Where Abandoned Pelicans Die”. Mamy tu do czynienia z niecodziennym rozmachem kompozytorsko-wykonawczym, epicką potęgą brzmienia, łączeniem motywów elektronicznych, klasycznych, rockowych, operowych, a także piosenkowych. Mamy tu chóry. Mamy orkiestrę. Te właśnie elementy stały się prawdziwym wyznacznikiem tego wszystkiego, z czym spotykamy się słuchając tej monumentalnie brzmiącej płyty.


Omawiana przeze mnie płyta to dzieło gigantycznego kalibru. Trwa ono 75 minut i po raz pierwszy od nie wiem już jak dawna, czuję, że mogłoby ono trwać i trwać o wiele dłużej. A przecież nie przepadam za rozdętymi do granic wytrzymałości płytami kompaktowymi, na których doszukać się można mnóstwa muzycznych „zapchajdziur” umieszczonych tylko po ty, by wykorzystać do maksimum technologiczną pojemność srebrnego krążka CD. Ale nie w tym przypadku. Kayanis sięga po niezwykle szeroką paletę środków artystycznego wyrazu. Scala on w jedność szereg różnorodnych form muzycznych, nie przejmuje się żadnymi ograniczeniami, barierami, pozornymi przeciwieństwami. Łączy potężne orkiestrowe brzmienia z kameralnymi wstawkami, pompatyczne chóry z rockowym, a nawet metalowym zacięciem, wiąże elementy muzyki klasycznej z popem, liryczne piosenki z ariami operowymi, akustyczne dźwięki gitar z metalowymi riffami i brzmieniem kościelnych organów. I co najważniejsze, to wszystko ma swój sens i logikę. Wszystko układa się w zgrabny i łatwy do zrozumienia sposób. Różnorodność form i dynamika muzycznych zdarzeń na płycie „Where Abandoned Pelicans Die” doprawdy zapiera dech w piersiach. Dlatego słucha się tego albumu nie tylko z szeroko otwartymi uszami, ale i szeroko rozdziawionymi ze zdumienia ustami. Poszczególne tematy łączą się ze sobą, niekiedy subtelnie powracają (jak w „Close To Me And Far From You” i „The Truth Of Violet”) delikatnie zmodyfikowane, podkreślają podniosły wydźwięk całości poprzez stosowanie zaskakujących wyciszeń i akustycznych dźwięków (najlepszym tego przykładem jest utwór „When You Cry Out All Your Tears”). Słucha się tej płyty jak ścieżki dźwiękowej z jakiejś wielkiej hollywoodzkiej produkcji. Tak, hollywoodzkiej, bo takiego rozmachu nie spotkałem jeszcze na żadnym polskim soundtracku, choć przecież mistrzów pokroju Kilar, Lorenc, czy Preisner u nas nie brakuje.

W muzyce Kayanisa doszukać się można pewnych elementów twórczości Vangelisa i Gandalfa, ale jest też sporo śladów filmowych fresków a’la Ennio Morricone (posłuchajcie finału „Princess Of Hopelessness”), mamy tu muzykę chóralną (Akademicki Chór Uniwersytetu Gdańskiego pod dyrekcją Marcina Tomczaka), są też solowe partie operowe (Magdalena Rucińska – sopran). Mamy tu do czynienia z muzyką klasyczną (weźmy chociażby finałową repryzę tematu „The Truth Of Violet”), z fortepianową miniaturką utrzymaną w duchu muzyki Fryderyka Chopina („The Final Embrace”) czy z produkcjami spod znaku Erica Levi i jego słynnej Ery (tej od „Ameno”). Jest tu mnóstwo przepięknych orkiestracji podanych w sposób, który przypomina mi to, co zespół Camel tak udanie zastosował na swojej płycie „Harbour Of Tears”. Jest wreszcie trochę tematów utrzymanych w klimacie ilustracyjnych kompozycji Mike’a Oldfielda. Zresztą tych oldfieldowskich pierwiastków jest w muzyce Kayanisa więcej. Najbardziej rzucającymi się w uszy są dwie przeurocze piosenki, urastające nieomal do wymiaru przebojów muzyki pop. Bo przecież zarówno „Lightsleeper” (śpiew Patrycja Modlińska), jak i tytułowy „Where Abandoned Pelicans Die” (śpiewa Jarosław Nuszczyński) to, choć zdecydowanie bardziej liryczne, ale, pisz wymaluj, potencjalne hity pokroju „Moonlight Shadow” czy „To France”.

Znakomity to album. Jego eklektyzm jest największym, obok epickiego rozmachu, genialnych kompozycji, łatwo zapadających w pamięć melodii, dramaturgii i szerokiej palety zastosowanych środków artystycznego wyrazu, atutem tego wydawnictwa. Co ważne, słucha się go od początku do końca z zadziwieniem, fascynacją, w stanie totalnego zaintrygowania, z zatraconym poczuciem upływającego czasu i bez konieczności spoglądania na zegarek w oczekiwaniu na pojawienie się ulubionego fragmentu. Cała płyta od kilku tygodni jest takim moim 75-minutowym „ulubionym fragmentem”. Bardzo ulubionym...

Brawo Kayanis! 11 gwiazdek w dziesięciopunktowej skali.

- Artur Chachlowski, www.mlwz.pl

 


 

Podobnie jak koledze Mariuszowi wstyd mi niepomiernie. Tym bardziej, że jak się okazało podczas słuchania KAYANIS jest polskim projektem. Tym bardziej, że prezentuje piękna muzykę orkiestrową. Tym bardziej, że znajdziemy tu doskonałe mocne głosy. No proszę Państwo: Cudze chwalicie, swego nie znacie. Po stokroć kajam się zarówno przed czytelnikami, jaki artystami. Płyta zapełniona do ostatniej minuty i co najważniejsze mimo czternastu tytułów na niej zawartych – zdecydowanie do wysłuchania bez przerw. Wiem, nie jest to łatwe, ale efekt jest piorunujący. Świetne aranżacje, mnóstwo dobrej elektroniki i niezła dawka mocnego rocka. Można tu oczywiście znaleźć odwołania do artystów, o których pisał Mariusz, ale dla mnie, jako całość płyty najbardziej jest zbliżona do albumu Elodia. Całość muzycznego konceptu, dopracowanie wszystkich szczegółów, świetne wokale i często gryzące się z klasyką głośne gitary. Tak, to właśnie tygryski lubią najbardziej. Trochę nawiązań do klasycznej muzyki operowej (chyba nawet bardziej niż symfonicznej), choć nie ma tu aż tak dużo wokalu.


W tytułowym utworze bardzo ciekawa barwa głosu, a tekst śpiewa Jarosław Nuszczyński – trzeba przyznać, że utwór trochę odbiega od całości - ale to właśnie tworzy ciekawy klimat. Brzmi prawie jak piosenka z innego świata, ale zaraz po niej wracamy do podstawowej ścieżki. Nie, nie ma prawa się ta płyta znudzić. Zaraz po nim świetne „pytanie Julii” i doskonały rytmiczny perkusyjny podkład, pod partię chóru, który swoim brzmienie i mocą po prostu nas przytłacza. Fagot w The Princess of Hopelessness przypomniał mi trochę niedawne występy klezmerskie w Berlinie. Nostalgiczne, ale i z nadzieją.


Close to Me and Far from You Part One od razu skojarzył mi się z Festiwalem Muzyki Elektronicznej Science-Fiction, jaki odbywał się w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Do ciekawych pasaży dołącza dominujący głos, doskonały wręcz sopran Magdaleny Rucińskiej. Przypomniało mi się od razu dzieciństwo spędzane w kulisach państwowej Opery i Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku – ileż tam było muzycznego piękna. Wróćmy jednak do kosmicznych aranżacji – jakoś to wszystko jest ze sobą sprytnie połączone. Nawet łagodny chór mógłby bez trudu odnaleźć się gdzieś w odległej galaktyce. Czemu końcówka tej części kojarzy mi się z Abraxas? Close to Me and Far from You Part Two rozpoczyna się właśnie abraxasowo, potem pojawiają się głosy, rozbudowane aranżacje, elektronika I wspaniały chór. Te dwie części stanowiące prawie szesnastominutową mini suitę są doskonałe.


Ciężko jest opisywać po kolei wszystkie kompozycje, bo jak wspomniałem wcześniej wszystko jest bardzo dobrze ze sobą zgrane. I chociaż pojawiają się dwa utwory – jakby niepasujące – to w perspektywie całej płyty, są niezbędne. Cukierkowy Lightsleeper ze śpiewem Patrycji Modlińskiej, przypomina odrobinę Blackmore’s Night a także Kirsty Hawkshaw. I zapewniam, że mimo popowego wydźwięku nie znajdzie się na żadnej play liście – nawet z taka aranżacją jest za trudny dla masowego odbiorcy – i bardzo dobrze. Monumentalne kościelne organy w Who's the One to Know brzmią bardzo ostro, może odrobinę za ostro. Ale ich natura brzmieniowa jest przecież właśnie taka. Powraca główny motyw (przewijający się przez cały album). Z pewnością nie będzie on zapomniany. The Final Embrace poprzez czysty fortepian skojarzył mi się z zakończeniem ścieżki dźwiękowej do Listy Schindlera – doskonale wyważona cisza po burzy.



Na koniec dodam, że album był nagrywany w czterech studiach (w tym jednym stworzonym specjalnie na potrzeby tego projektu) zaś czas realizacji trwał od lipca 2003 do października 2006 – czyli ponad trzy lata. Monumentalna produkcja, aranżacja i wykonanie. Gdyby jeszcze można to było zobaczyć na scenie…
 

 - Tobiasz Koprowski, artrock.pl

 


 

Highly sophisticated work from Polish bass and keyboard composer Kayanis. Soprano vocals and a mix of rock and classical arrangements make this one of the best symphonic albums of the year.

 - Richard Barnes, seaoftranquility.org


Urzekła mnie muzyka z tej płyty. Jej autorem, głównym wykonawcą i realizatorem jest muzyk ukrywający się pod artystycznym pseudonimem Kayanis. Praca nad tym albumem zajęła mu z górą trzy lata. Warto było tak ciężko i długo pracować - powstało dzieło prawie doskonałe. Udało się artyście w sposób bezkonfliktowy połączyć ze sobą tak różnorodne i odległe od siebie gatunki muzyczne jak: muzyka elektroniczna, popowa, rockowa, chóralna i symfoniczna. Kayanis nie jest pionierem łączenia ze sobą różnych rodzajów muzyki, takie próby podejmowało przed nim wiele zespołów i wielu muzyków, a wśród nich: Procol Harum ( ' Live In Concert With The Edmonton Symphony Orchestra ' ), Pink Floyd ( ' Atom Heart Mother ' ), Caravan ( ' Caravan And The New Symphonia ' ), Deep Purple ( ' Concerto For Group And Orchestra ' ). Jednak żaden z tych wykonawców nie uzyskał takiej harmonii między brzmieniem instrumentów klawiszowych, gitar, perkusji oraz głosów solistów i chóru, jaką słychać w muzyce z omawianej płyty. 'Where Abandoned Pelicans Die ' to nie tylko harmonia, to również liczne nastroje, częste zmiany tempa, świetne aranżacje, przestrzeń i rozmach, a także piękne melodie. Jasnym i czystym blaskiem świecą przede wszystkim piosenki:' Lightsleeper ' i tytułowa ' Where Abandoned Pelicans Die '. Wyróżniają się też ' poważne' kompozycje takie jak : ' The Truth Of Violet ' i obie części ' Close To Me And Far from You '. Wymieniłem jedynie moje ulubione fragmenty tej symfonii.
(...)
Muzyka z ' Where Abandoned Pelicans Die' z pewnością poruszy serca i umysły fanów muzyki rockowej, mam też nadzieję, że zadowoli ona miłośników muzyki symfonicznej i chóralnej.

Czytelniku, wysłuchawszy tej płyty dowiesz się między innym, where abandoned pelicans die. Dobrze jest to wiedzieć.
Moja ocena - 4/5
 

 - Krzysztof Michalczewski, progrock.org.pl

 


 

Byłbym kłamcą i obłudnikiem, gdybym stwierdził na początku tej recenzji, że cokolwiek wcześniej wiedziałem o tajemniczym artyście, ukrywającym się pod nazwą Kayanis. Nie wiem, czy to moje lenistwo i trzymanie się sprawdzonych muzycznych rewirów, czy po prostu zbyt mało dystrybucyjnego szumu wokół muzyki artysty sprawiło, że zapoznaję się z jego muzyką dopiero teraz. Tym bardziej, że szybkie przeszukanie sieci i dotarcie do oficjalnej strony muzyka wprawiło mnie w niemałe zakłopotanie. Kayanis ma już bowiem na koncie trochę wydawnictw, na których pojawiła się jego twórczość. A już kompletnie moja szczęka wysunęła się do przodu, niczym u żyjącego przed paroma milionami lat Australopiteka, gdy zobaczyłem fotki z, imponujących scenicznym rozmachem, występów Kayanisa. Ups… dam już spokój z tymi połajankami w moim kierunku i spiszę słów parę na temat „Where Abandoned Pelicans Die”.

Album zawiera ponad siedemdziesiąt pięć minut muzyki, którą trudno scharakteryzować jednym przymiotnikiem i zapakować do jednego schowka. Krążek jest swoistym konglomeratem muzyki poważnej, klasycznej muzyki symfonicznej, z rozbudowanymi partiami chóralnymi i orkiestrowymi, rocka progresywnego, elektroniki, muzyki filmowej i popu. Wszystko oczywiście odpowiednio wymieszane i w odpowiednich proporcjach. Trzeba jednak być słuchaczem o szerokich horyzontach muzycznych, aby zaakceptować dźwięki tu pomieszczone z całym inwentarzem. Niewątpliwie rocka jest tu najmniej i istnieje zagrożenie, iż słuchacz nie lubiący zbytniego penetrowania przez rock krainy mu obcej stylistycznie, odrzuci płytę na bok. Podobnie rzecz się może mieć z miłośnikiem szlachetnej muzyki poważnej, dla którego łączenie klasycznych, symfonicznych rozwiązań z lżejszymi muzycznie formami, może okazać się pretensjonalne.

Abstrahując jednak zupełnie od tych dywagacji, jedno należy oddać artyście w zupełności. Stworzył dzieło imponujące, przemyślane, szczegółowo zaplanowane i wymagające ogromnej ilości pracy. Powala ilość zaangażowanych w całe przedsięwzięcie osób, na czele z Chórem Akademickim Uniwersytetu Gdańskiego. I choć na świecie podobne rzeczy nie są czymś odkrywczym, w Polsce taka płyta ma charakter niemalże prekursorski. W tym miejscu warto rzucić, gdzieś kołaczące się, pewnie niepotrzebnie w głowie, nazwy: Vangelis, Mike Oldfield, Alan Parsons czy… Nightwish (chyba ze względu na operowe partie wokalne Magdaleny Rucińskiej w „The Truth Of Violet” czy „Close To Me And Far From You - Part One”, przywołujące Tarję Turunen).

Poza tym krążek zaskakuje bogactwem naprawdę dobrych pomysłów melodycznych, poczynając od ślicznego i romantycznego, głównego tematu, przewijającego się jeszcze później, a zaserwowanego w „The Pelicans Overture” w formie gitarowego solo z masywnym rockowym podkładem, poprzez „cukierkową” piosenkę „Lightsleeper”, ujmująco zaśpiewaną przez Patrycję Modlińską. Z pewnością odstaje stylistycznie od całości ten fragment i już widzę oczyma wyobraźni miny słuchaczy, którzy zachęceni by zostali do tej płyty tą, skądinąd „radiową”, kompozycją. Tym bardziej, że zaraz po niej wybrzmiewają… kościelne organy w „Who’s The One To Know”. W tym ostatnim, podobnie jak w kilku innych, dominują jednak rozbudowane orkiestracje i rozwiązania płynące wprost z ilustracyjnej muzyki filmowej, które nieraz słyszeliśmy oglądając hollywoodzką produkcję. Na co jeszcze warto zwrócić tu uwagę? Na „Julia’s Ninth Question”, w którym gitara gra, jakby dotykał jej sam mistrz Latimer. Smutkiem musi przytłoczyć nastrojowy i delikatny „When You Cry Out All Your Tears”. O tradycyjną piosenkową konwencję otrzemy się przy tytułowym „Where Abandoned Pelicans Die”, zaśpiewanym przez Jarosława Nuszczyńskiego. Jego pierwsza część przynosi dalekie echa twórczości… Davida Sylviana.

No cóż. Ja to kupuję, choć zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach przebrnięcie przez tak rozbudowane przedsięwzięcie może okazać się, dla szybko żyjącego młodego pokolenia, zbyt uciążliwe. Choć z drugiej strony, nie jest to wcale płyta trudna i intelektualnie przekombinowana. Słucha się jej dobrze i warto jej poświęcić niejeden, zbliżający się wielkimi krokami, jesienny wieczór.

 - Mariusz Danielak, www.artrock.pl

 


 

W swoim życiu słuchałem już wielu płyt. Jedne robiły na mnie wrażenie od razu, inne potrzebowały czasu, jeszcze inny nie przypadły mi do gustu. Zdecydowanie najrzadsze przypadki to albumy, które rzuciły mną na kolana już od pierwszego przesłuchania, a od teraz do tej elitarnej grupy należy krążek "Where Abandoned Pelicans Die" tajemniczego projektu Kayanis. Kayanis to pseudonim artystyczny pewnego wielce utalentowanego muzyka, który wraz z ogromem gości nagrał album, zaryzykuję to stwierdzenie, genialny!

Moc, potęga i przestrzeń . Te trzy określenia od jakiegoś czasu nie opuszczają mojej głowy. To, co słyszymy na tym wydawnictwie to ponad siedemdziesiąt pięć minut wspaniałego symfonicznego grania z elementami rocka. Jest patetycznie, niezwykle podniośle i wręcz uroczyście. Przebogate instrumentarium, wielorakie wokalizy i wspaniałe melodie to cechy tego krążka. Od pierwszych sekund wprowadzającego nas w ten album "The Pelicans Overture", z przepięknymi partiami gitary akustycznej, po zamykający "The Final Embrace" od tej płyty po prostu nie da się oderwać. Jest tu tyle smaczków i wspaniałych dźwięków, ze brakuje słów żeby to wszystko opisać. Są wspaniale chóry ("Julia's Ninth Question", "Close to Me and Far from You Part One oraz Two") - przy "Julia's Ninth Question", w chwili, gdy pojawia się wspomniany chór, po moich plecach spaceruje armia mrówek. Nie brakuje interesujących partii operowych, jak na przykład w potężnym i pełnym patosu oraz wzniosłości "The Truth of Violet" czy wspomnianym już "Close to Me and Far from You Part One". Pojawiają się tradycyjne wokale i tak, w pop rockowej, przyjemnej dla ucha, tytułowej balladzie słyszymy interesującego wokalistę, natomiast w prześlicznym, delikatnym "Lightsleeper" cudowny głos kobiecy. Nad wszystkim królują jednak dźwięki orkiestry, dźwięki zaaranżowane z ogromnym wyczuciem i smakiem!

"Where Abandoned Pelicans Die" słucha się jak soundtracku stworzonego przez jednego z największych mistrzów gatunku. Rozmach, z jakim mamy tu do czynienia, mnogość pomysłów oraz sposób realizacji wywołały u mnie klasyczny opad szczęki. To niewiarygodne, że o tym albumie jest stosunkowo cicho, Kayanis nagrał krążek, o którym powinno się mówić, i to mówić jak najwięcej, bo to krążek, który zasługuje na uznanie i rozgłos. Każdy, kto kocha muzykę poważną, hollywoodzkie soundtracki oraz klasyczne instrumentarium rockowe powinien bez chwili zastanowienia sięgnąć po ten wspaniały album. Zapraszam do odwiedzania strony wykonawcy (www.kayanis.com) i zapewniam Was, że na Rock Area usłyszycie jeszcze o nim nie raz!!


10/10

 - Piotr Michalski www.rockarea.eu



Mêlant le progressif symphonique au Néo-prog moderne, le lyrisme du classique au souffle épique d'un Alan Parsons Project, KAYANIS offre un cocktail jubilatoire rappelant par moment le grandiose "Nostradamus" de SOLARIS, avec ses claviers grandiloquents, ses guitares au feeling époustouflant, et ses envolées tournoyantes. Le tout emmené par une chanteuse au timbre celtique et un orchestre classique! Une superbe découverte!

www.progpusion.com


 

Musicien polonais, à la fois claviériste et bassiste, Kayanis n'est pas un débutant puisque "Where pelicans die" est son quatrième album. Les sorties sont assez espacées il est vrai puisque ses premiers enregistrements datent de 1994. Son dernier album "Synesthesis" remonte quand même à 2001. Ce Polonais est un adepte des belles productions de spectacles musicaux, avec projections, ballets, etc. Bref, des projets d'envergure. D'ailleurs, la liste des musiciens l'accompagnant sur ce disque est assez longue. Notre homme a semble-t-il des contacts avec la télévision puisqu'il a composé cinq musiques de documentaires pour la filiale polonaise de Discovery Channel.

"Where abandoned pelicans die" n'est pas évident à classer. Progressif oui, on peut le dire, mais on hésite ici entre plusieurs styles : musique classique ou musique de film symphonique, musique électronique, progressif, pop… Pour les connaisseurs de rock progressif issu des pays de l'est, l'album peut vaguement rappeler - peut-être à cause de ses sonorités de synthés à la fois orchestrales et un peu froides - Laren D'Or, un musicien hongrois. A ceci près qu'il y a ici de nombreux musiciens pour accompagner Kayanis. Pas moins de trois guitaristes, un violoniste et une véritable section rythmique, des chœurs, des percussions orchestrales assez fréquentes, trois chanteurs dont une soprano lyrique interviennent dans cette oeuvre. Par contre, point de véritable orchestre mais, un peu à la façon de Robert John Godfrey dans The Enid, Kayanis fait de son mieux pour en reproduire les sonorités avec les synthés et aujourd'hui, avec la qualité des échantillons, on arrive à des résultats assez convaincants. Même si la musique est souvent un peu plus sombre, certains penseront peut-être au multi-instrumentiste autrichien Gandalf vers le début des années 90 et sa période "Symphonic landscapes"

Ces 14 pièces enchaînées de 1 à 9 minutes, avec une majorité de morceaux plutôt longs, sont essentiellement instrumentales, avec une tendance franchement symphonique. Les textures orchestrales de claviers, les autres timbres plus artificiels, le piano et le chœur prédominent mais il y a quand même ces guitares électriques et acoustiques parfois bien présentes (on remarque des parties solistes magnifiques à plusieurs reprises !). La section rythmique n'intervient qu'occasionnellement, les percussions orchestrales sont plus fréquentes. Par ailleurs, on compte deux chansons assez simples dans un genre pop orchestrale.


Sur d'autres pièces figure une chanteuse d'opéra, comme "The truth of violet", très symphonique et lyrique, assez solennel. D'ailleurs, la nuance générale est plutôt grandiose et épique. On se rapproche plus ou moins de l'esprit des partitions accompagnant certaines grandes fresques cinématographiques dramatiques. C'est particulièrement le cas pour les trois premiers titres. Le morceau titre, en quatrième position, tranche avec son style pop intimiste et quelque peu synthétique, musique sur laquelle la voix medium et suave du chanteur manque un peu de relief. Si la teinte orchestrale et épique revient dès le morceau suivant pour ne plus changer, citons tout de même "Lightsleeper", autre ballade pop symphonique avec une chanteuse à la voix caressante.

Même si Kayanis s'est auparavant illustré dans les musiques dites "électroniques", "Where abandoned pelicans die" ne ressemble pas trop aux albums du genre, mais plutôt, comme on l'a dit, à de la musique symphonique à thème. Nul doute qu'il s'agit d'un album magnifique et particulièrement bien enregistré, qu'on imagine sans peine interprété avec le concours d'une véritable orchestre classique. Une oeuvre qui donne tout simplement envie de découvrir le reste de la discographie du compositeur.

- Marc M, musicwaves.fr, Francja


 

Ce projet du nom de son claviériste leader nous vient de Varsovie (Pologne). Leur musique navigue sur des eaux progressives tout en prenant parfois des tons bien proche de la musique Classique.

Toutes les compositions de cet album sont signées par le claviériste et bassiste Kayanis qui n'en est pas à son coup d'essai puisqu'il y a plus de dix ans que son premier opus est sorti. Il est ici entouré d'une pléiade de musiciens parmi lesquels, outre un chanteur et deux chanteuses, on y trouve une violoniste, trois guitaristes, un batteur et les choeurs de l'Académie de Gdansk. Cela donne une ambiance symphonique aux morceaux qui composent la rondelle.

Comme le rock progressif a aussi des bases bien classiques, les deux se marient bien. L'amateur de rock sera peut-être plus perturbé par les chants plus tournés vers l'opéra. N'empêche que pour un morceau tel "Aurora Abbandonata" il faut absolument être ouvert au Classique car il en est totalement imprégné (et ce n'est pas le seul!). Bien sûr la guitare électrique nous sort de cette zone nous rappelant alors des gens tels Mike Oldfield ou Alan Parsons. Et pourquoi pas aussi Rick Wakeman pour les claviers même si cela virevolte moins.


D'un autre côté, l'écoute de l'album peut s'apparenter à deux objectifs bien précis. Soit cela ferait un excellent concert de musique Classique moderne avec l'ajout des guitares et de la batterie, soit cela conviendrait parfaitement à une musique de film. Reste à savoir si c'est ce que voulait Kayanis... Le morceau titulaire est pourtant l'exemple même de la chanson pop rock qui pourrait se retrouver sur un single. Le chant plus rock de Jarosław Nuszczyński est en effet bien différent des tons habituels de l'album. Mais le cas est unique. "Lightsleeper" est lui tellement aérien qu'il prend l'ambiance Enya.

Les fans de musique Classique moderne, de rock progressif et symphonique devraient apprécier cet album. Les autres pourraient s'ennuyer. Ecoutez donc avant d'acheter. Notez aussi qu'un DVD est également en préparation. Il reprend un concert donné en juin 2007. Sa sortie est prévue pour la fin de l'année 2008.

- Jean-Pierre Lhoir, Music in Belgium

 

 


 

Romantic, bombastic, melodic, symphonic rock with an orchestral/choral dressing? Doesn't sound too promising, eh? Except that in this case, it actually does! The Polish keyboard player and composer Kayanis succeeds where many have mainly succeeded to embarrass: in the center of all the bombast the compositions are strong enough not to break under the mass of the arrangements. For example, often in this style of music the melodies tend to be boringly predictable, but Kayanis keeps throwing in hooks and surprising twists so the interest is maintained throughout the album. Many points of reference come to mind as one listenes this album: Vangelis, Rick Wakeman, Mike Oldfield, why not even Nightwish or Adiemus, as well as many film composers...here and there as an additional ingredient there is a more electronic flavour somewhat reminiscent of Air. Stylistically nothing new, then, but if you, for example, happen to like Vangelis but think that the Big V ran out of ideas already a decade ago, here is the  successor candidate number one! 

 - Otso Pakarinen, Colossus Magazine, Finlandia

 


 

In Poland, Kayanis is a renowned musician. He spent over three years on this remarkable project, in which he created a synthesis between classical music and elements from symphonic, progressive, rock and pop-music. After 7 years this is the follow up to “Synesthesis”, an album from 2001, just like on the current album, with the collaboration of an orchestra and many different outstanding musicians. The thread in this musical spectacle, running over 75 minutes, is a couple of masterfully delightful themes. In the “Overture”, surely one of the highlights on the album, the first one of these is being played somewhat melancholically by keyboard with just limited accompaniment by synths (I think). Then the same theme is played on acoustic guitar and subsequently, with the addition of more instruments variations on that theme and more, played by the piano; the main theme is then performed by the orchestra and the full band in a bombastic way, featuring the lead-guitar, with a very powerful solo. In “Truth Of Violet”, a foreplay by the orchestra, featuring woodwind instruments, another main theme is performed by the (mezzo) soprano Magdalena Rucinska, who has got a voice resembled by Edenbridge vocalist Sabine Edelsbacher. The track continues rather powerful, like a soundtrack for a film getting near its climax, with orchestra and synths, but there’s also a lovely piece of melodic rock music as a contrast to the cello and woodwinds right before this part. Purely classical music is being counter parted by very melodic yet solid rock-music in “Aurora Abandonata”; however, some daring contrasts are being provided by the piano and the acoustic guitar. Sometimes it sounds almost like Ennio Morricone going heavy metal! Especially when Jaroslaw Nuszcynski with his fine and deep voice starts to sing the title track, a very nice “E(lectronic) M(usic) meets Pop” tune, the surprise is complete. Subsequently, Kayanis creates an atmosphere like in “The Snowgoose” by Camel. The orchestra picks up the first themes, with variations and in different keys, featuring amongst others the acoustic guitar and the hobo, partly accompanied by a playful piano and percussion. The track ends majestically with the full choir from Gdansk and the orchestra. In the song “Princess Of Hopelessness” we hear solemn classical music with a key role for amongst others the hobo and the violin, playing the first main theme. In between predominantly electronic, cosmic parts in “Close To Me And Far From You”, there is a solemn but lovely classical piece with a lead-vocal, once more performed by Rucinska. An ‘a capella’ singing choir, followed by strings and woodwinds, heralds an “ERA” resembling piece (although more classical), again with the choir, and the finale in this track is played by piano solo. “The Palace Of Yaspirre” opens with some classical music, the melody lines played by several woodwind instruments, but then Kayanis’ keyboards and the orchestra join in, partly gentle and subtle, partly more bombastic. In track 9, “When You Cry Out All Your Tears”, at first a piece of keyboard solo, accompanied by flute and hobo. The frivolous character of the orchestration slowly evolves into a more threatening atmosphere. At the end of this track, keyboard solo (atmosphere again like in Camel’s “Snowgoose” album) followed by an acoustic guitar, accompanied by the orchestra. “Close To Me And Far From You Part Two” starts off by a cosmic electronic piece, smoothly transcending into the singing of the choir, again “a capella”. Subsequently there is some solemn music, played by strings & synths; then, with the addition of (electronic) percussion, one of the central themes is interpreted by the Gdansk choir accompanied by Kayanis’ keyboards and the orchestra. The lovely voice of Patrycja Modlinska sings “Lightsleeper”, an exquisite pop-tune, partly accompanied solely by keyboards, acoustic guitar and percussion. A playful variation on one of the main themes can be distinguished. “Who’s The One To Know” opens and ends somewhat mystically with its ambient like atmosphere and a sole singing voice from a distance draws attention; in between, rather suddenly, there is an interlude played by church organ. The full symphony orchestra revisits the theme from track two “Truth Of Violet” in the reprise and en passant also the enchanting theme from the first track. The maestro himself performs the delightful opening-theme on the piano, rendering a very intimate finale. Kayanis walks new paths and builds daring bridges. The high quality production enhances the listening sensation of this album, combining classical music, soundtrack atmospheres, the different genres of rock and pop-music as well as electronic music in a courageous attempt to cross all borders. As far as I’m concerned, this exceptional offering belongs to a higher league in contemporary music. Via his website www.kayanis.com, one can find some clips, as well as proof of the immensity of this project! “Where Abandoned Pelicans Die” is a highly recommended album, distributed by MUSEA records in France. (www.musearecords.com).

 

9,5 out of 10

- Menno von Brucken Fock  (IO Pages, Dutch Progressive Rock Page)

 


 

"Kayanis to kompozytor, multiinstrumentalista, a przede wszystkim wielbiciel wielkich, rozbudowanych suit elektronicznych, przypominających trochę dokonania Vangelisa z Andersonem, a trochę Petera Gabriela. Działa aktywnie od wielu lat i jest doskonale znany polskim i zagranicznym fanom muzyki elektronicznej. Ale to coś więcej, niż syntezatory - w swojej muzyce zawiera muzykę rockową, klasycyzującą symfonikę, elementy folkowe. Kayanis wraz z zespołem często koncertują, a ich koncerty to prawdziwe spektakle muzyczne - bierze w nich udział siedmioro instrumentalistów, dwie solistki i dwunastoosobowy chór. Tworzy tez widowiska "światło i dźwięk" (bardzo udany koncert na warszawskiej Agrykoli w czerwcu 2006 roku, z udziałem 120 osobowego chóru. Zespół znakomicie pokazuje, jak można grać muzykę elektroniczną z rozmachem i zrobić z niej prawdziwe widowisko. I taka jest tez jego nowa płyta - patetyczna, z bogatym instrumentarium, pełna zmian tempa, nastrojów i dynamiki. Na światowym poziomie - utwór "Lightsleeper" przypomina najlepsze dokonania Pauli Cole u Petera Gabriela.  "Where Abandoned Pelicans Die" znakomicie wpływa na wyobraźnię i nie sposób przejść obojętnie obok tak bogatego muzycznie albumu.

- Tomasz Jakubowski, Magazyn "AUDIO".


 

Pozwolę się sobie nie zgodzić z określeniem, zawartym w dołączonym piśmie.

To nie jest  dziełko.....to piękne DZIEŁO, które Łączy w sobie urok wielkich sal koncertowych z  dawnej epoki ze współczesną feerią światła i dźwięku.
Nie czuję się upoważniona do recenzowania , jako pospolity "łowca dźwięków", ale... na tej płycie nie ma  nic... przypadkowego. Cudna harmonia, nastrojowość, żadnej monotonii, Nie ma utworu, do którego nie chciałoby się powrócić.
Żałuję, iż nie zdarzyło mi się być na żadnym z koncertów ( mam nadzieję, iż to przede mną ...może),(...)
Ogromnie się cieszę, iż zdarzyło mi się poznać tak piękną muzykę.  Będę śledzić wiadomości na stronie internetowej, żeby nie przegapić NOWEJ PŁYTY:)))

- Bogumiła Cieciuch

 


 

"WAPD przypomina trochę układankę z milionów puzzli. Stworzenie jej zajęło 4 lata i efekt  przeszedł wszelkie oczekiwania. Muzyczny pejzaż, który powstał trudno jest opisać słowami. W takich wypadkach stosuje się analogie typu „muzyka jest połączeniem,,,” lub „muzyka przypomina dokonania takich wykonawców, jak…”. Niestety w tym przypadku ten rodzaj metodologii zawodzi.

Można by napisać, że najnowsze dokonanie Kayanisa kojarzy się z takimi twórcami, jak Musorgski, Mozart, Bach, Schubert, Beethoven- z naciskiem na Musorgskiego. Do tego Zimmer, Williams i Shore…ale to nie do końca prawda. Takiej muzyki jeszcze nie było…

W pewnym momencie nasuwa się myśl, że byłaby ona doskonałą ilustracją do filmu. Są jednak dwa „ale”:

1.     Tak dobrego filmu jeszcze nie nakręcono.

2.     Nawet gdyby, to ścieżka dźwiękowa zdominowałaby fabułę.

Tak więc zapomnijmy o filmie.

Muzyka, tak jak w Synesthesis, jest połączeniem elektroniki z symfonią i rockiem, z tym że na WAPD brzmienie symfoniczne bierze górę- aranżacja powala na kolana. (...)

WAPD można określić mianem utworu symfonicznego XXI wieku. Twórca złamał wszelkie kanony i ograniczenia muzyki poważnej, połączył potężne brzmienie orkiestralne z popowymi wstawkami, psychodeliczną elektroniką, gotyckimi chórami i metalowym zacięciem. I o dziwo, to wszystko do siebie pasuje i stanowi spójną całość, strawną nawet dla mniej wyrobionego słuchacza.

Kayanis z pomocą utalentowanych przyjaciół dokonał rzeczy pozornie niemożliwej: poskładał pozornie nie pasujące do siebie kawałki i stworzył intelektualnie zdyscyplinowane dzieło, w którym każdy element wydaje się być niezbędny, zostawiając daleko w tyle rodzimych (i nie tylko) twórców.

Znakomita jakość nagrania, instrumentaliści i wokaliści(-stki!) z najwyższej półki, cudowne dźwięki, spójna koncepcja- nie ma się, kurczę, do czego przyczepić!

Muzyki Kayanisa, jak już wspomniałem i na co dowodem są powyższe chaotyczne przemyślenia, nie można opisać słowami, tak jak trudno jest opisać zapach, czy barwę.

Słowa nie oddadzą piękna tego dzieła, więc dosyć tej mordęgi, kończę

Jedyna konkluzja, która w pełni oddaje sedno tego, co powstało, to stwierdzenie, że Kayanis z płyty na płytę się rozwija i jest już w pełni rozpoznawalny.

Jedyna rada, to usiąść wygodnie w fotelu, zamknąć oczy i popłynąć…"

- Zbigniew Kozłow


"Płyta na pewno jest czymś wspaniałym. Znajdziemy bowiem na niej znakomite powiązanie oraz współgranie całokształtu orkiestry z ostrym brzmieniem gitarowym. Pięknie zgrana orkiestra z równie pięknie grającymi instrumentami pierwszoplanowymi w poszczególnych utworach daje nam niesamowite brzmienie ostateczne.

Na płycie można znaleźć wspaniałe akompaniamenty gitarowe. Prawie zawsze gitarze pierwszoplanowej towarzyszy drugoplanowa, czy to elektryczna, czy też akustyczna.

Perkusja z kolei wspaniale współgra z całościowym brzmieniem. Gdy trzeba to wręcz grzmi, gdy nie, to cichutko sobie "postukuje". Nie jest ani za dużo, ani za mało.

Gdy do tego dodamy rewelacyjne wykonanie poszczególnych partii przez solistów-nie zapominając o chórze oczywiście, wspaniałe efekty dźwiekowe, nieokrzesany talent muzyków, a przede wszystkim wspaniałą jakość nagrania i mastering tego krążka... otrzymujemy album, którego można słuchać wręcz godzinami zarówno w dni pochmurne, jak i słoneczne, czerpiąc przy tym radość nie tylko dla naszych uszu, ale wręcz dla całego ciała czyniąc go po prostu szczęśliwszym... i ten dreszczyk.

Dla takich muzycznych chwil po prostu warto żyć!!!

DZIĘKUJE WAM"

- Łukasz Górecki

 


"Nieczęsto zdarza się recenzować tego typu wydawnictwo. Jest to także trudne. Raz, że jest to muzyka do filmu, który... nigdy nie został nakręcony (chociaż.... kto wie? może tym filmem jest samo życie?). Po drugie, jest to płyta, której nie można jednoznacznie zaszufladkować. Po trzecie jest to ... polska produkcja(!). Po czwarte - została skomponowana i nagrana przez mojego przyjaciela, Kayanisa - co także nie ułatwia zadania (by nie zostać posądzonym o stronniczość).
Wkładam płytę do odtwarzacza, naciskam play i... Jako fan prozy Tolkiena znalazłem się nagle w Śródziemiu, wędrując z Bag End do Rivendell, od Lothlorien do bram Mordoru. Przepiękne klimaty dźwiękowe, które raz podrywają do działania, innym razem wyciskają łzy z oczu. Elektronika spleciona z chórem, solistami i orkiestrą symfoniczną. Spektakularny przykład tego, że w zalewie masowej muzyki można jeszcze stworzyć takie dzieło. Tak! Dzieło, przez duże "D". Where Abandoned Pelicans Die od pierwszych dźwięków poraża i bezlitośnie masakruje słuchacza (w sensie jak najbardziej pozytywnym). Wszystkie dźwięki wydają się być dokładnie tam, gdzie być powinny. Nie, nie oznacza to, że jest to jednostajna lawina dźwięków. Kompozytor umiejętnie używa także innego brzmienia, jakże istotnego w muzyce. Jest nim... cisza. Tak, ten element, który jest pomijany bo "przecież cisza to nie muzyka", ale jak powiedział kiedyś jeden z wielkich kompozytorów, cała sztuka polega na tym, by umiejętnie wplatać ciszę pomiędzy dźwięki. Jak już wspomniałem, płyty nie da się wrzucić do jednej szuflady a tym bardziej zapomnieć. Muzyka spójna a jednocześnie zróżnicowana. Każdy z utworów mógłby ilustrować osobne opowiadanie, a jednocześnie razem tworzą kompletną księgę, dzięki charakterystycznym motywom dźwiękowym oraz klimatowi. Podsumowując, ostrzegam, że nie jest to płyta łatwa, a tym bardziej nie dla każdego. Wymaga od słuchacza skupienia i uwagi. Odwdzięczyć się za to może całą gamą wspaniałych doznań. Jestem szczęśliwy, że w pewnym momencie mogłem także stać się malutką częścią tego projektu, którego nie zapomnę....
p.s. nie jest to tekst sponsorowany. Pisałem to słuchając po raz kolejny płyty ... i po raz kolejny mając łzy w oczach i ciarki chodzące po plecach."

- Marek Szulen


"Nie znałem wcześniej twórczości Kayanisa. I pewnie nadal jej nie znam, bo Where Abandoned Pelicans Die jeszcze ciepły kręci się w odtwarzaczu, a ja dopiero oswajam się z jego wizją muzyki. To co napiszę więc będzie oceną kogoś z zewnątrz, kogoś, kto dopiero dołączył do widowni wsłuchującej się w przedstawienie. Na początek chciałem wyrazić uznanie dla Kayanisa za obranie takiej a nie innej drogi. Muzycy, którzy decydują się na cross over czy też na łączenie gatunków z góry decydują się na bieg przez przeszkody: nierzadko niezrozumienie krytyków czy też publiczności przyzwyczajonych do poruszania się po utartych ścieżkach muzyki. Dobrze więc, że jest co raz więcej ludzi, którzy eksperymentują. A jaka jest Where Abandoned Pelicans Die? Dla mnie to muzyka pełna patosu, rozmachu i przestrzeni, ale przede wszystkim pełna emocji, do których każdy słuchający z łatwością będzie mógł napisać własne scenariusze. Jest w niej sporo elementów baśniowych czy też filmowych. Ta płyta z pewnością mogłaby być znakomitą ścieżką dźwiękową wielkiej produkcji kinowej. Z jednym tylko ale: swoim bogactwem aranżacyjnym mogłaby z łatwością taki film zdominować. A tego żaden reżyser by nie chciał. WAPD imponuje mi różnorodnością. Na uwagę zwraca przede wszystkim świetna sekcja rytmiczna, jakby rodem z world music: potężna, namacalna, wgniatająca w fotel. Jej przeciwwagą są liczne, żeby nie powiedzieć dominujące na płycie elementy klasycyzujące oraz piękne melodie, ot choćby przepiękny motyw w The Truth of Violet śpiewany przez Magdalenę Rucińską. Rozmachu dodają wstawki gitarowe, dawkowane jednak raczej oszczędnie oraz partie chóru. Nie ma na WAPD słabych kompozycji. Biorąc pod uwagę długość płyty, jest to nie lada wyczyn. Trudno też jednoznacznie wyróżnić konkretną kompozycję, choć dla mnie utworami wyznaczającymi odpowiednio wysoki poziom dla innych jest monumentalna Aurora Abbandonata oraz The Truth of Violet. Na koniec, jako audiofil, pozwolę sobie skomentować produkcję płyty. WAPD jest dobrze zrealizowana. Dotyczy to zwłaszcza sekcji rytmicznej, chóru oraz fragmentów klasycyzujących. Trochę gorzej, moim zdaniem nagrane są partie rockowe (gitary elektryczne) które brzmią zbyt ostro. Jest to jednak kwestia dość subiektywna i dyskusyjna gdyż mój zestaw stereo gra dość jasnym górnym pasmem. W systemach "ciemniejszych" tego problemu może nie być. Znakomita płyta. Może takie produkcje już nie zaskakują tak jak kiedyś, ale zawsze warto ich posłuchać, zwłaszcza kiedy prezentują muzykę na najwyższym poziomie."

- Andrzej Janiak

 


 "(...) czy dziewiąte pytanie Julii to: What satisfaction canst thou have tonight? (nie wiem, czy liczą się powtórzone te same, czy nie...)

No i oczywiście bardzo gratuluję wydania płyty. Całą przesłucham za moment. Ale te fragmenty, które dzisiaj puszczałeś, odbierają mowę. Autentycznie, to jest muzyka, która sprawia, że człowiekiem rzuca, poci się on, denerwuje, wszystko na pierwszy rzut oka jest chropowate i ciemne. Na pierwszy. Będę miał dużo intelektualnej przyjemności ze słuchania tej płyty, to już wiem, choć tak samo wiem, że nigdy nie dojdę do rozwiązania. Aż zapisałeś tym, co by się przechwalali, w piosence tytułowej. Biorę się zatem do dzieła.

I pewnie tak samo jak z "Synesthesis", będę słuchał wielokrotnie, długo, namiętnie, przed ważnymi sprawami, egzaminami, w pociągu, w podróży, w spokoju i w ciszy, będę sobie ilustrował i wizualizował to wszystko, co sam już gdzieś zobaczyłeś, usłyszałeś, poczułeś - nie po to, żeby dojść, co Tobie w głowie się urodziło, bo to niemożliwe - ale po to, by znaleźć w sobie to, czego szukam, co mną kieruje, co leży u podstaw moich działań, co mnie zaspokaja i tłumaczy. Taka zawsze była dla mnie Twoja muzyka, na którą rzucałem się łakomie, wyszukując różnic w różnych wykonaniach. I taka na pewno pozostanie."

 

- Daniel Kontowski


Po 6 latach od Synesthesis wreszcie nowe dzieło Kayanisa. Realizatorsko wzorcowa rzecz. Z tym, że ktoś nie znający jego twórczości mógłby sądzić, że to polski stangetyzowany artysta. Bo rzeczywiście czuć tu analogie do dzieł typu La Divine Comedia w wykonaniu Tangerine Dream-
operowe śpiewy itp. ale bliżej tu jeszcze bardziej do orkiestrowej serii Babylon Chris'a Franke. Ogrom środków i pracy przekuty został na muzykę która już całkowicie odeszła od el (niewielkie fragmenty choćby wstępy do Close To Me...Part 1 i 2) na rzecz muzyki ilustracyjnej. Kayanis na
Synesthesis wyznaczył tor, którym będzie podążał a tu realizuje ów kierunkowskaz - muzyka ta wyraźnie ciąży ku kompozycjom filmowym, uzupełniającym obraz widziany na ekranie. Szczerze mam mieszane uczucia ze względu na moje umiłowanie el muzyki. Ale warto choćby dla Lightsleeper.

- Dariusz Długołęcki

 


 

 

 

SYNESTHESIS:

 

Musical Discoveries:  

(...)

The album involves a good load of synth sounds, extraordinary guitar work, vocals, choirs and a chamber orchestra. The album is a union of styles--it cannot really be compared to anything, Synesthesis marks a new path in synth-based music: somewhere between EM, progressive rock and classical film music. Gentle yet extremely powerful at times, classical yet modern, passionate and strong but still melodious, sometimes even relaxing, this is an album of tremendous proportions. It won't leave your CD player for long once you put it on.

The album's strongest vocal numbers are album standouts. They include the choral "Synethesis I," the layered multi-tracked new age metal crossover "Nevertheless" and the synthesizer-backed ballad "Sad Song" sung solo joned by saxophone in spots. Listeners will be enthralled with the metal-edged power of the choral stylings in "Inter Arma Silent Musae" and "Willow Green."

Kayanis’s Synesthesis concert involves twenty musicians and vocalists. The show presents music from Machines and Dreams, Synesthesis and Keyamo albums, the last one which has not yet been released. A four minute live video excerpt of "Synethesis" was viewed by our editors during the preparation of this review. Return to Musical Discoveries for our forthcoming reviews of additional material by Kayanis. Further information is available at the artist's (click on images) and label's (click on label name) websites.

Synethsis is as much an instrumental album--perhaps even moreso--as it is vocal. Enthusiasts of Yanni, Rick Wakeman, Kitaro will be as excited with the project as fans of Adiemus, Enya and the like. But it is the harder, metal-edged progressive bits that truly make this an incredible work of global proportions. Clearly worth a trans-Atlantic journey, it is a must listen!

Musical Discoveries, Styczeń 2003. 


 

KAYANIS: Synesthesis


The more I play it the better it gets... and it was phenomenal to start with!
If I tell you that in the first two tracks alone you'll hear the most amazing
music that you've heard in a long, long while, music that is so much Mike
Oldfield, music that is so powerful that it is unafraid to throw in
full-blown choirs, swathes of electronics, piano that sounds like the guy's
playing it with lead-lined gloves, strings, thunderous drum rhythms, searing
electric guitar and something that for all the world is actually where Mike
Oldfield SHOULD be right now, then I think you will realise that here we have
something very special indeed. The four minute title track, the second track
on the album, is one of those tracks that seems to pass in a flash, yet is so
good you just have to keep playing it again and again and again - and that's
before you've found that the rest of the album lives up to the dizzy heights
of this stunning piece of music - listen to me - THIS REALLY IS THAT HOT!!!
The album is a sort of mix of Mike Oldfield, Mark Shreeve, Moodswings and
Stravinsky, much of it having the feel and sound of some kind of grand
soundtrack, the sort of powerful music that accompanies cinematic images of
vast armies gathered together on a dark and stormy night as the battle
commences and the swords fly. Throughout the album, the sheer overwhelming sense of listening to something so moving, so spectacular, so epic and yet so incredibly well crafted, is almost mind-blowing. The melodies are hot, as are the choirs, the astounding guitar work and the huge, huge rhythms that are carved into the musical rock face. There is a beautifully delivered sense of dynamics that produces sections of immense might one minute and delicate keyboard-led, effects-fed beauty the next, before raging into yet another storm force slice of majestic power as guitars, strings, drums and epic overtures, all mingle to create passages that will leave you in absolute awe of what you are hearing. This is truly music of epic proportions and, as I said, the more you hear it the better it gets - this is one of those albums that will live on and on and on - it will sound as good in ten years time as it does today - special, spectacular and stunning - you have to own this
album!

Dave Shoesmith, CD Services, UK. Listopad 2002. 



(...) Stęskniona publiczność stawiła się tłumnie, więc bilety rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Sala koncertowa do godziny 19.15, kiedy to rozpoczął się koncert, wypełniła się do ostatniego miejsca - wliczając miejsca stojące. 

Koncert rozpoczął się od przypomnienia utworów z wcześniejszych płyt, skończył zaś prezentacją najnowszych kompozycji, które nie zostały jeszcze nagrane, a nawet nie były prezentowane szerszej publiczności podczas koncertów. 

Kto przyszedł naprawdę nie żałował, gdyż Kayanis dał jak zwykle popis, na który składa się połączenie muzyki elektronicznej, elektrycznej jak równiez inspirowanej folkiem. Podziwiać mogliśmy wszechstronność artystów, którzy grali dosłownie na wszystkim - od fletów po gitary elektryczne i syntezatory. Dopełnieniem tych muzycznych fajerwerków był wspaniały śpiew solistek oraz chóru "Kayanis Singers". Całość złożyła się naprawdę dobre widowisko muzyczne. Pozostaje nam teraz tylko czekać i żałować, że tak rzadko mamy w naszym mieście możliwość pójść na taką imprezę. 

Miłosz Siwek.  Głos Pomorza, 18 października 2002


 

Kayanis performed an amazing concert at the 9th Alfa Centauri Festival in Bussum, the Netherlands on 26th March 2002. Impressive was not only the show with the attractive female singers, but the bombastic symphonic rock music - Shamall met Adiemus. Synesthesis reflects this fine synthesis of real female voices, electric quitar, classic drums and symphonic keyboard sounds. 

Lothar Lubitz, SynGate, September 2002



Kayanis : Synesthesis

  A dynamic album. Different form his previous album. Ambient music, mixed togheter with synth themes, rock themes. An album which is more in the direction of symphonic rock. Compare it with the music of Mike Oldfield and Cirque Du Soleil. Troughout the album you have also a mix of strings and choral voices. Completely different from the normal EM scene. Progressive, slow and fast are mixed togheter in different layers and tones. This album is a storie on itself. Piano, folk, rock and guitar are just playing near each. It's colorfull and has a varied style. Music people loves. I saw it on the 9th Alfa Centauri Festival and I loved it. If you like special EM, take this CD in you collection. It's worth to buy it. - Sven Cipido dla magazynu ELECTRON


 

"Kayanis is from Poland and this album is a like a lightning bolt out of the blue, literally overflowing with dynamic sound. The compositions range from neo-symphonic, to darkly ambient and spatial. Mixed in with the synthesizer themes, are strings and choral voices that add a completely different atmosphere than you’ll find on most of today’s run of the mill electronic works. SYNESTHESIS is filled with multi-layers of dark and light tones, and spiced up by incredibly progressive arrangements of electronic and natural instrumental passages. A stunning album, not to be missed!" - Archie Peterson dla eurock.com

 


 

"Wielu wykonawców aktualnie obecnych w mediach trudno nazwać artystami, choć takimi się mienią. Kayanis nie jest człowiekiem z przypadku i choć nie ukończył żadnej szkoły muzycznej (podobno to dobrze) można z całą odpowiedzialnością nazwać go artystą nieprzeciętnym, o którym jeszcze nieraz usłyszymy." - Grzegorz Skwarliński dla MME AV. 

 


 

"Nieczęsto zdarza się, by na naszym krajowym rynku pojawiła się płyta równie ciekawa co propozycje zagraniczne, przynajmniej pod względem artystycznym.
To co uderza w projekcie 'Synesthesis' to przede wszystkim rozmach realizacji i pomysły. KAYANIS stworzył album bardzo plastyczny, zawierający niczym muzykę ilustracyjną do nowej produkcji fantasy. Odnajdziemy tu nawiązania do rocka, trance i world music. Skojarzenia z ERĄ, ale także miejscami z BANCO DE GAIA, czy BT nasuwają się same. Obecność orkiestry symfonicznej, chóru, prawdziwych solistów i żywych instrumentów nadają 'Synesthesis' dodatkowej głębi."
- Mozart dla Wirtualnej Polski, 2001.10.18. 


 

"Po nową płytę Kayanisa, "Synesthesis" sięgnąłem z dużą ciekawością. I nie zawiodłem się. (...) Płyta ma budowę, powiedziałbym, modułową, niektóre motywy się powtarzają, co nadaje jej wyraz całościowego dzieła artystycznego. (...) Jest to, według mnie, najlepsza płyta Kayanisa i w każdym calu słychać z niej profesjonalizm." Piotr Sikorski dla "Estrady i Studia", listopad 2001. 


(...) Kayanis wychodzi nieco poza sztampowy obraz "elektronika", komponującego i nagrywającego samotnie, jedynie w otoczeniu klawiatur i komputera. Dorealizaji projektu o nazwie Synesthesis zaprosił dwóch gitarzystów, trzy wokalistki (...) wspomagane przez trzyosobową grupe wokalną, flecistę, saksofonistę, panią grającą na tajemniczcym instrumencie o nazwie bodhran a także orkiestrę i chór. A jaki jest tego efekt? Album dość zróznicowany, odbiegający od stereotypów tej muzyki i będący logicznym krokiem naprzód po poprzednim albumie "Machines and Dreams". Za sprawą lawiny przesterowanych gitar i potężnych chórów to, co zaprezentowal Kayanis (...) ma jakby więcej wspólnego z muzyka spod znaku rocka gotyckiego (Inter Arma Silent Musae). Na dodatek rzadko też sięga po tak lubiane przez elektroników klasyczne, analogowe syntezatory, znacznie częściej za to zasiada za fortepianem (Look at Me). To album chwilami bardzo ekspresyjny, wręcz metalowy (Nevertheless), innym razem filmowo-nastrojowy (Willow Green). W skład dziewięcioczęściowej suity wchodzą nawet dwie piosenki, Nevertheless (z ostrym riffem gitary, śpiewem sporanu i ciekawym dialogiem wokalnym) oraz Sad Song z delikatnym kobiecym głosem na pierwszym planie i partią gitary klasycznej w tle. (...) Michał Kirmuć dla Tylko Rock, listopad 2001.


(...) Podczas koncertu główny nacisk położono na muzykę graną na żywo. I bardzo dobrze, bowiem dzięki temu słuchacze mieli możliwość uczestniczenia w żywym spektaklu, który towarzyszył powstawaniu niezapomnianego dzieła. Warto podkreślić, że Kayanis nie bał się wykorzystywać w aranżacjach instrumentów akustycznych i elektrycznych, a sam często odrywając się od swojego stanowiska gęsto zastawionego klawiaturami grał partie gitary basowej. Dodało to dynamizmu całemu występowi. (...) Nie sposób przejść obojętnie obok odważnych partii gitarowyh granych przez Mariusza Mojsiuka i Andrzeja Czajkowskiego, na których spoczywał główny ciężar emocjonalny koncertu. (...) Synesthesis nie jest płytą łatwą, jej odbiór wymaga skupienia i otwartości umysłu. Dodam, że jest to materiał, który świetnie "sprzedaje się" na koncertach, szczególnie plenerowych, dlatego warto przeżyć taki spektakl na żywo. Warto również dlatego, że Kayanis znakomicie pokazuje, jak można grać muzykę elektroniczczną z rozmachem i zrobić z niej znakomite widowisko nie nużące słuchacza. Jacek Popiel dla "Instrumentów Klawiszowych", listopad 2001.  


(...) Cechą charakterystyczną Synesthesis jest wielotematowość, która sprawia wrażenie, że artysta chciał wszystkie swoje pomysły zmieścić na jednej płycie. Jest to szczególnie widoczne w kompozycji "Look at Me", w której aż roi się od pomysłów muzycznych.  Czy to źle? Wydaje mi się, że nie, bowiem dzięki temu płyta nikomu się nie znudzi, choć z drugiej strony może to wprowadzać pewne zamieszanie. Mimo owej mnogości i przenikania się tematów płyta jest spójna i stanowi całość. Łączą ją dwa tematy, które przewijają się przez kompozycje zawarte na krążku powodując, że chętnie słuchamy kolejnych utworów "wypatrując" zasłyszanego wcześniej fragmentu. (...) Oprócz chóru na płycie usłyszymy również chórki oraz popisy solistek - Anetty Markiewicz wzbogacającej wiele utworów świetnie komponująym się sopranem oraz Katarzyny Ziółkowskiej i Beaty Molak. Właśnie dzięki tej ostatniej mamy okazję poznać możliwości kompozytora w zakresie pisania spokojnych, nastrojowych ballad. (...) Dzięki temu dostajemy rąk krążek może niezbyt łatwy w odbiorze, ale taki po który będziemy sięgać często, odkrywając za każdym razem nowe przestrzenie materii dźwiękowej malowanej ręką Kayanisa i współpracujących z nim muzyków. Warto zagłębić się w tę przestrzeń. Dawid Mazur dla "Instrumentów Klawiszowych", grudzień 2001


 

 

  MACHINES AND DREAMS:

 

 

"This is a strong album [M&D] by a fine musician."  Paul Rijkens dla Groove Unlimited, najwiekszego w Europie fan klubu muzyki elektronicznej


 

"Kayanis jak wytrawny mag żongluje nastrojami, dynamiką i oczywiście tym, co jest bodaj jego najsilniejszym atutem - melodyjnymi frazami."  Artur Lasoń - Estrada i Studio 3'99


 

"The music of ‘Machines and Dreams’  is playful, melodious, emotional, strong, passionate and the compositions are absolutely well chosen. What a nice music this Kayanis is creating: quiet instrumental ‘ballads’, interchanged with orchestral highlights, funny choirs and a touch of ‘deep forest’, to me the music resembled at certain moments the one of Belgian musician Frank van Bogaert, but Kayanis is somewhat more obstinate and the compositions are more contrasted, each part being a gem in itself. When you appreciate robust, thrilling, orchestral synth music, you should try this one. (...) Kayanis seems to be a very positive and  jolly human being who simply composes good music... a sheep clad in wolf’s dress!

 At the moment Kayanis is working on another CD, I did already hear some of it and also on this one the numbers are very robust and orchestral. Kayanis certainly deserves to have a great number of fans!"  Eric Snelders dla holenderskiego magazynu Alpha Centauri, listopad 2000. Na angielski przełożył Jef van Ham.  


 

"Kayanis nie od dzisiaj tworzy w tym nurcie. I nie brakuje więc w jego muzyce żadnych brzmień, zręcznych aranżacji, trafionych nastrojów." (Krzysztof Celiński - Tylko Rock 5'99)

 


 

"Jaka jest nowa muzyka Kayanisa? Fajna jest. Taka kajanisowata... W jego wcześniejszych utworach słychac było fascynacje tworczością mistrzów muzyki elektronicznej. Teraz Kayanis podążył we własnym kierunku w naturalny sposób odnajdując własny styl i własne brzmienie." (Kacper Kozicki - recenzent "Czterech Wichrów" Polskiego Fanklubu Mike'a Oldfielda)

 


 

"To co zaprezentował [na koncercie] wirtuoz instrumentów klawiszowych i gitary było niezwykle barwne i różnorodne stylistycznie. Była tam bowiem i muzyka folkowa, zadziorny rock (...) i fortepianowa klasyka..." (Gazeta Poznańska w lipcu 2000 roku)

 


"Utwory [z suity "Oczekiwanie"] opowiadają rozmaite historie, począwszy od antyku, fantazyjnego średniowiecza, aż po klimaty nam współczesne. (...) W tej przyjemnej atmosferze i luzie zawiera się posmak autentyku, często nieobecny w wykonawstwie el-muzyki." (Jerzy Kordowicz - Program III PR)


 

 

Fragmenty wywiadów

"Moja muzyka kształtuje się powoli. Pozwalam jej płynąć, aż się sama skrystalizuje. Rozwija się w wielu kierunkach. Idę tymi różnymi ścieżkami i słucham, co z tego wychodzi." (Kayanis w wywiadzie dla Gazety Olsztyńskiej w lipcu 1999 roku)

"Trzeba cały czas pracować, bowiem najpiękniejszy nawet temat można zmarnować brakiem warsztatu kompozytorskiego. Najważniejsze jest zrozumienie muzyki i natury kompozycji." (Kayanis w wywiadzie dla Instrumentów Klawiszowych w październiku 2000 roku)

"Muzykę, od kiedy pamiętam, zawsze miałem w głowie. Zawsze coś w niej grało. Dźwięki układały się w pewne całości. Musiałem spróbować je uzewnętrznić." (Kayanis w wywiadzie dla Dziennika Bałtyckiego w listopadzie 2000 roku)

 


KONTAKT Z NAMI: OFFICE@KAYANIS.COM